Społeczne konsekwencje mody na diagnozowanie siebie
Kiedy psychologia staje się powszechna… i niebezpieczna
Jeszcze 20 lat temu słowo „psychoterapia” wywoływało wstyd, a przyznanie się do depresji było powodem do ukrywania się. Dziś, w erze otwartości i wszechobecnych treści psychoedukacyjnych, wielu z nas zna terminy takie jak borderline, ADHD u dorosłych, zaburzenia lękowe, trauma rozwojowa.
To ogromny krok naprzód. Ale jak każdy postęp, niesie ze sobą także pułapki.
Internet – nowy gabinet terapeutyczny?
TikTok, Instagram, podcasty – to właśnie tam młode pokolenie zdobywa wiedzę psychologiczną. Krótkie, często viralowe treści edukują, ale też... upraszczają rzeczywistość.
- Filmik: „Masz 5 z tych objawów? Masz zapewne ADHD”
- Post: „Nie umiesz rano wstać – to na pewno depresja”
- Komentarze: „Też tak mam! To przez moją traumę!”
Z jednej strony – ludzie wreszcie sięgają po pomoc. Z drugiej – rośnie liczba samodiagnoz i błędnych przekonań na temat psychopatologii.
Co to znaczy: mieć depresję czy lęk?
Zaburzenia psychiczne to diagnozy kliniczne, a nie uczucia, z którymi wszyscy czasem się mierzymy.
- Smutek po stracie – to nie depresja.
- Niepokój przed wystąpieniem – to nie zaburzenie lękowe.
- Brak motywacji przez kilka dni – nie oznacza choroby.
Depresja to nie tylko płacz. To:
- brak energii przez tygodnie,
- zaburzenia snu i łaknienia,
- poczucie beznadziei,
- utrata zdolności do odczuwania przyjemności.
Zaburzenia lękowe to nie „napięcie”, ale przewlekły, obezwładniający stan, który paraliżuje codzienne funkcjonowanie.
Dlaczego tak wielu z nas utożsamia się z zaburzeniem?
- Potrzeba nazwania cierpienia
Dla wielu osób łatwiej żyć z myślą: „mam depresję”, niż: „jestem przemęczony, samotny, zagubiony i brakuje mi wsparcia”. Diagnoza staje się sposobem porządkowania świata i redukcji lęku przed chaosem emocjonalnym. - Tożsamość wokół cierpienia
Niektórzy zaczynają utożsamiać się z diagnozą, a nawet traktować ją jako część osobowości – co może prowadzić do bierności i rezygnacji z pracy nad sobą. - Moda i normalizacja
W środowiskach online cierpienie psychiczne jest… modne. Jest częścią narracji „wrażliwego outsidera”, z którym wiele młodych osób się identyfikuje.
Społeczne konsekwencje tej mody
- Stygmatyzacja cierpienia osób naprawdę chorych
Gdy depresją nazywa się każdą chandrę, ci naprawdę chorzy pozostają niezauważeni. - Utrata języka emocji
Zamiast mówić: „jest mi źle”, „czuję się zagubiony”, mówimy: „mam depresję”. Tracimy subtelność języka emocjonalnego. - Zamiana pomocy na narrację
Niektórzy zatrzymują się na etapie: „mam problem”, nie sięgając po realną terapię, tylko powielając etykietę w mediach.
Jak sobie z tym radzić?
- Edukacja psychologiczna – ale mądra!
Zamiast chłonąć treści z TikToka – szukaj wiarygodnych źródeł: książek, wykładów, podcastów psychoterapeutów i psychiatrów. - Rozróżniaj emocje od zaburzeń
Każdy z nas przeżywa smutek, lęk, złość, zagubienie. To nie są objawy choroby, tylko sygnały wewnętrzne, z którymi można pracować. - Szukaj profesjonalnej pomocy
Jeśli coś naprawdę Cię niepokoi – psychoterapeuta, psycholog lub psychiatra to właściwy adres. Nie internetowy quiz ani influencer.
Podsumowanie
Moda na psychoedukację to wielki krok naprzód, ale wymaga dojrzałości, refleksji i mądrego podejścia.
Zamiast diagnozować siebie na podstawie mema – uczmy się języka emocji i szanujmy wagę prawdziwego cierpienia.
Emocje to nie choroba.
Samopoznanie to proces, nie etykieta.
Zrozumienie siebie to coś więcej niż diagnoza.



